Menu

Pani Mądralińska

Porady, wskazówki, wspieranie, gadanie...

Bez tytułu.

wyslij_list

Był mroźny wieczór lutowy. Padał śnieg i delikatnie osiadał na najmniejszych nierównościach chodników, drzew, łagodnie otulając je puchową kołderką. W tej ciemności, rozświetlanej mętnym światłem lamp, szła powoli do znanego studia rzeźbienia sylwetki, tym razem na oczekiwany i potrzebny relaks. Płatki śniegu wirowały przed jej oczyma, wpadały czasem na ciepłą twarz, natychmiast stając się kroplą wody, zimną i niepotrzebną.

Zastanawiała się po raz enty nad tym, co ostatnio ją spotkało. Nawet nie usiłowała tego zrozumieć, ale z wszystkich sił starała się zaakceptować, bo nic mądrzejszego nie umiała wymyślić. Powtarzała to magiczne "akceptuję" jak mantrę i rzeczywiście jakimś cudem przynosiło jej to ulgę. Wiedziała, że potem doda do tej litanii jeszcze "wybaczam" i "kocham siebie", ale na razie stać ją tylko było na to magiczne akceptowanie. Śnieg był niemym świadkiem tego powtarzania. I bardzo dobrze, bo on niczego nie komentował i nie oceniał, po prostu był tu, gdzie jego miejsce i czas - w mieście średniej wielkości w Polsce, zimą, w lutym. Był tu i teraz, podczas gdy chwilę niepilnowane jej ego robiło susa w przeszłość, nieodległą zwłaszcza, przypominało sceny, twarze, gesty i robiło się od razu jeszcze zimniej, mroźniej, bo najgorsze są dobre wspomnienia, gdy zaufanie było normą...  Ponieważ kontrolowała te wybryki ego, była ich świadoma, natychmiast oddychała głęboko, wdech i wydech były tym, co w sekundzie przywracało ją do chwili teraźniejszej, to było wspaniałe i takie proste. Kilka takich oddechów i zaczynała znów swoją mantrę, nawet uśmiechała się do siebie.

Na niepokalanie białym śniegu zostawiała swoje ślady. Równe i ładne. Nie było innych jeszcze na chodniku. Bo i wieczór nie sprzyjał spacerom, raczej wszyscy uciekali do ciepłych domów, grzać się w cieple domu, bliskich osób czy chociażby ekranu LED telewizora. Było dość cicho, z rzadka przejeżdżał jakiś samochód. W tej ciszy i bieli śniegowej słyszała swoje myśli. Była pewna, że od etapu akceptacji zaczyna się jej proces zdrowienia. Wiedziała też, że całkowicie wyzdrowieje i wyleczy się z tamtego uczucia. Tylko czasem chciała, żeby to stało się szybciej, chociaż czas miał na ten temat własne zdanie.

 

Wracała do siebie, do tego, o czym zapomniała, w imię jakiejś górnolotnej, choć niedocenianej idei bycia dla kogoś w całości. Bo najpierw i przede wszystkim miała być dla siebie najlepszą przyjaciółką, koleżanką, wsparciem i miłością. Od tego zaczynało się wszystko. I na tym wszystko się kończyło. Nie było już nic więcej. Tylko śnieg i wieczorna, zimowa cisza.

 

© Pani Mądralińska
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci